03.05.2013

( 241 ) Nasze tango życia


Dla wielu osób urodzić i wychowywać dziecko to coś zwyczajnego, naturalnego jak branie bez namysłu powietrza w płuca. Kobiety rodzą dzieci, panowie stają się ojcami -  po prostu kochając.
Pamiętam moją pierwszą ciążę. Miałam w tedy 26 lat. Byłam rok po ślubie i to był właśnie ten czas, kiedy bardzo chcieliśmy zostać rodzicami. Po naszym miłosnym połączeniu czułam, że nasze wymarzone ,,TO"właśnie się dzieje. Nic nikomu nie mówiłam. Czekałam na potwierdzenie mojego organizmu. Kiedy moje dni opóźniły się o jedn dzień, poczłapałam do ginekologa na umówiony wcześniej już termin. Lekarz słysząc moją wersję dlaczego u niego  jestem - zapytał się mnie wprost.
- kiedy powinna Pani dostać miesiączkę?
- wczoraj - odpowiedziałam dumna jak paw.
- niech Pani idzie do domu, za wcześnie na rozpoznanie.
Uparłam się i nie dałam wybić się z konceptu mego przekonania.
- Panie doktorze, ja jestem w ciąży, proszę o uspokojenie mojego wnętrza.
Coś mruknął i zlecił badanie moczu, krwi. Po jakiejś pół godzinie poprosił mnie znów na rozmowę. 
- Tak, jest pani w ciąży, czy robi to dla Pani jakiś problem?
- Nie - krzyknęłam z radości.
Wtedy świat stał dla mnie z otwartymi ramionami. Byłam tak szczęśliwa, że widząc na ulicy jakiegoś żebrzącego pijaczka oddałam mu ostatni nasz pieniążek, który posiadałam. Co ja wtedy czułam. Tyle miłości i dorosłości, która rozkwitła we mnie jak majowe kwiaty.  To maleństwo, ten nasz pierworodny uświadomił mi jak można kochać, bezgranicznie kochać. Byliśmy tacy szczęśliwi. Kochaliśmy się, kochaliśmy nasze dzieciątko, kochaliśmy życie.
I nadszedł ten drastyczny moment. Kiedy 24 grudnia lekarze oznajmili mi, że pewno poronię. Zostałam w szpitalu. Mężuś nie mógł zostać. Dano mi jakiś zastrzyk, tabletkę do połknięcia i pozostawiona w tych ciemnościach odnalazłam krzyż wiszący na ścianie.
Zawsze wierzyłam w Boga. Wtedy poczułam, że dobrze, że potrafię się modlić, że nie tylko z mojego strachu, lecz z potrzeby serca szukałam GO w swoich progach.
Mijały godziny, a ja coraz bardziej wierzyłam, że naszemu maleństwu się uda. Następnego dnia nie dostałam już żadnych leków.USG utwierdzało, że to już po wszystkim. Nie pozwoliłam na łyżeczkowanie. Czekałam na ten mój cud. Po iluś godzinach zaczęły się pierwsze bóle. Zaciskałam zęby. Nie chciałam krzyczeć, głuszyłam w sobie emocje i nienawiść, którą odczuwałam.
Bóle były nie do wytrzymania. Mężuś zdecydował się by podano mi zastrzyk. Zaczęłam strasznie krwawić. Ordynator kiwał głową, pielęgniarki chciały mi pomóc, a ja z miną szaleńca odtrącałam cały świat. Przecież mój świat uginał się pod płachtą bólu, żalu i wściekłości. Odeszło łożysko a moje maleństwo było nadal we mnie.
Nie zgodziłam się na łyżeczkowanie. Nikt nie odważył się protestować.
Po kilku dniach przy kontrolnych badaniach zobaczyłam na własne oczy naszego dzidziusia. To maleńkie coś, którego nie dane mi było ani przytulić, ani pocałować. Lekarz zapytał się mnie
- czy Pani jest tego świadoma?
Wybiegłam z gabinetu. Mężuś próbował mnie przytulić. Odtrąciłam go i skrzyczałam. Idąc korytarzem szpitalnym usłyszałam Jego cichy głos.
- kochanie, a co ze mną? Co z moim bólem?Ono też jest moje, jest nasze.
Stanęłam jak wryta. Poczułam swoją wredność, poznałam swoje drugie ja.
Wróciłam się. 
Przytulając Go mocno całowałam Jego twarz.

Udało nam się nie zwariować, udało nam się uwierzyć w siłę naszej miłości,udało nam się czuć i kochać życie. To wszystko jest tylko możliwe dzięki wspólnemu staraniu i pracy nad własnym wnętrzem. Każdy z nas jest indywidualny. Cierpi inaczej, raduje się inaczej.  Jednak w bólu wyrywającym serce często jesteśmy skoncentrowani na samych sobie. Ja wiem, że tak nie wolno. Proszę nie zapominajcie o bliskich Wam osobach. Nie bójcie się być z nimi. Na dobre i na złe to sztuka życia we dwoje. Tylko w tej konstelacji można zostać rodziną przepełnioną szczęściem i miłością.
My nadal tańczymy nasze tango życia. Bardzo się kochamy i bardzo pragniemy dać życie naszym nienarodzonym dzieciom.



2 komentarze: