11.03.2013

( 196 ) Kiedy potrzebujesz nic nie jest takie same

z f.b
Kiedy potrzebujesz życia - otwiera się otchłań, kiedy potrzebujesz przyjaźni - otwiera się samotność, kiedy potrzebujesz ciszy - otula serce miłość.

Walczyliśmy z choroba naszego przyjaciela Franka. W ostatnich chwilach jego życia  wiedziałam, że walcząc tak intensywnie przybliżał nas ze sobą, ukazywał wartość przyjaźni i miłości. Kiedy zmarł, wszyscy byliśmy już inni. Jacyś bardziej dorośli - tak wtedy myślałam. Nie przeczuwając dramatu, który miał spaść na nas jak grom z jasnego nieba. I nadszedł ten moment. Kilka dni później telefon.
 - Jenz nie żyje. 
- Jak nie żyje, jaki Jenz ???!!! 
-Nasz Jenz sąsiadów syn - słyszę głos męża.
Zamarłam. Po chwili wydukałam. 
-Wypadek??? 
-Nie , popełnił samobójstwo. Właśnie przestali reanimować, przykrywają go płachtą.
Czarno zrobiło mi się przed oczami, ból ścisnął moje serce. Nie wiem jak dotarłam do lekarza. Nie mogąc oddychać łapałam jak ryba powietrze. Kiedy lekarz chciał podać mi zastrzyk-wróciłam do siebie. Nie zgodziłam się na  uspakajające. Nie mogłam, nie potrafiłam. Wracając z mężem do domu słuchałam Jego relacji jak jakiegoś filmu seryjnego. Myślałam, że to pomyłka, jakiś żart, jakieś nieporozumienie. Jednak te słowa wychodziły z ust mojego ukochanego, a on w ten sposób nie bawi się, nie manipuluje.
Będąc na miejscu - wyskoczyłam z auta, biegnąc do naszego ogrodu zobaczyłam pozostałości tragedii i bólu. But, szczykawki, wenflon, kurtka, którą mu tak często prałam. Łapałam to wszystko w siebie. Nie rozumiałam. Przecież razem walczyliśmy o Franka. Widział jak cenne a zarazem kruche jest życie. Wziął pod opiekę ptaszki, które nie mogły zostać w hospicjum.  
Jeszcze dzień wcześniej snuliśmy plany urodzin mojego mężusia. Pokazywał mi swoją nową  fryzurę, zasadził z nami drzewo i ze śmiechem  rozmawialiśmy o urodzinach i  zaproszonych gościach. To było wczoraj- myślałam.  A dziś???
Pobiegłam do Jego rodziców. Drzwi otwiera mi jego tata. Spoglądam mu w oczy i odnajduje w nich odpowiedz. Mimo wszystko nie chcę w to wierzyć, nie mogę, nie potrafię.
- Czy to prawda??? - pytam
- Tak. Jenz nie żyje. Powiesił się.

I znów zamarłam krzykiem mego bólu.

13 marca, w dniu urodzin mojego mężusia byliśmy na pogrzebie. Tak jak obiecał, był na imprezie.
Inaczej, ale był zamknięty w zapytania  Dlaczego.
Nie znaleziono listu pożegnalnego, nie znaleziono odpowiedzi dlaczego.
Aż do dnia, kiedy poprosiłam o szukanie odpowiedzi w Jego nowiutkim komputerze, który kosztował majątek.  

Po kilku dniach dzwonek. Tata Jenza. - Znaleźliśmy list Jenza. Tak jak mówiłaś, był ukryty w Jego komputerze.
Słyszę jak go czyta:
,,Nie chcę nikomu zrobić krzywdy, nie chcę nikogo zranić, przepraszam, ale tak postanowiłem." 
Rybki dla mojego męża, ptaszki i komputer dla mnie.
Warknęłam z bólu.
Ptaszki oddalam w dobre ręce, akwarium z rybami zostały wzięty przez mego mężusia.  ( Nie miał serca ich komuś oddać by wylądowały w toalecie) Komputer oddalam rodzeństwo Jenza. Nie chciałam nic, nie chciałam oprócz tego by żył.

Od tego czasu minęło 10 lat. Kilka dni temu padła ostatnia jego rybka. Do dziś nie potrafię wybaczyć. Jestem na niego wściekła, że wykiwał nas na całego. Mówiliśmy na niego nasz adoptowany syn - wiedział jak walczę o inne życia.
Wiedział. 
 Patrzył nam w oczy wiedząc, że to ostatni  raz.
 Postanowił
 I nie zawahał się umrzeć.