24.04.2013

( 231 ) By tak naprawdę żyć - trzeba chcieć uwierzyć




Trudno mi jest się wyłączyć z pomagania. Odczuwam izolację, którą sobie sama wybrałam. Pewno uzależniłam się od tych emocji i bycia dla innych. Ta gonitwa, która była wykluczeniem spokoju i wyciszenia teraz doprowadza mnie do zamyślenia. Wprowadza w melancholię, przed którą się bronię. Wiem, że muszę przez ten etap też przejść. Powinnam dopuścić do siebie te wszystkie uczucia: strach, łzy, gniew, żal, tęsknotę, wybaczenie. Pomaganie nie jest łatwe, szczególnie gdy ma się wciąż do czynienia ze śmiercią. Odwiedzając hospicjum, było mi łatwiej przez to przejść. Będąc tam - osoby uczyły mnie zaakceptowania. Walcząc o życia osób, które proszą nas o znalezienie jakiejkolwiek mądrej terapii, wpadałam w wir ciężkiej pracy, która zabierała mi, ale również i dawała dużo siły. Rozmawiając z tymi ludźmi, jakże bardzo chciałam ich przytulić, dając im uczucie mojej, naszej, siły i wiary... Ale tutaj nie pomogą tylko słowa...Trzeba było działać: mocno, szybko, intensywnie, tak, by jak najszybciej otrzymać pomoc. W naszym pomaganiu trafiam wciąż na sytuacje, które wymagają odwagi, przemyślenia, szczerości i działania. Takie chwile pomagają w decyzjach, które w normalnym sobie życiu drzemały by w kąciku serca. Szukamy i działamy gdzie się da. Tak by zdążyć, by pomoc, by odnaleźć tę NADZIEJĘ przez innych już zdeptaną, a przez dobroć serc pomagających znów odbudowaną.
,,Tam gdzie jeszcze odrobinka światła tli się, tam nadzieja nie umiera..."Z całego serca wierzę w dobro i jego silę przebicia. Mimo, że trudno jest pomagać, nie wolno się poddać i pozwolić, by strach o ich przyszłość sparaliżował nasze serca. Teraz muszę się wyciszyć i odnaleźć spokój dla moich nienarodzonych maleństw.
Na czym polega dla mnie Nadzieja? To balans miedzy psychiką, duszą i ciałem. Wierzę w to połączenie całej energii, miłości i wiary przeplecione mądrością życia.
Wielu chorym potrzebne jest wsparcie, by znów mogli uwierzyć i się nie poddać.
Życie w chorobie - nie jest to łatwa nauka. Tego nie da się zaliczyć z przepisania teorii ze ściągi. Każdy po zetknięciu z chorobą potrzebuje tego czegoś, lub kogoś... Boga, lekarza, przyjaciela, świadectwa człowieka, który przez to już przeszedł. Każdy z nas potrzebuje takiego mentora, by nauczyć się prawdziwie: chcieć, czuć, kochać, walczyć i działać. Garstka osób pomagających są właśnie taką przystanią, ale bez dalszej pomocy dalsze leczenie jest tu niemożliwe. Ja również muszę zaakceptować, że mój brak dzieci jest częścią mojego postępowania. Po prostu zapominałam kochać  siebie. Zapomniałam o szacunku do siebie. Pisząc tego bloga nie myślałam, ze napotkam na osoby, które będą miały wpływ na moje przemyślenia i decyzje. Ich spostrzegawczość, szczerość i człowieczeństwo pomogło mi w ukształtowaniu mojego postanowienia. Z całego serca za to DZIĘKUJĘ. Jest mi jeszcze ciężko nie pomagać dla wszystkich, którzy o to mnie, nas proszą. Redukuję do granic możliwości moje pomaganie, bo moja droga nie może zakończyć się na zgliszczach własnego nieszczęścia z braku potomstwa.
By tak naprawdę żyć - trzeba chcieć uwierzyć, by uwierzyć - trzeba coś zrobić, by coś zrobić - trzeba mieć nadzieję i wolę jej czystości płynącą z serca do serca.


 ps. przepraszam, że nie odpisuje na e-maile, komentarze i zapytania. Jak tylko się otrząsnę , nadrobię zaległości.