16.05.2014

( 455 )



Wczorajsza wizyta u diabetologa wymęczyła mnie w pewnym tego słowa znaczeniu. Cała  procedura trwała 4 godziny. Najpierw pomiary wagi i wzrostu, ciśnienie potem pobranie krwi, a następnie wypicie roztworu glukozy w ciągu 5 minut.  Posadzono mnie w poczekalni na krześle z hasłem 
- ,, nic nie jeść, nic nie pić, nie spacerować- siedzieć. Po równej godzinie proszę przyjść tu do laboratorium, by ponownie zbadać krew. "  
Siedziałam na krześle twardym jak kamień. Brzuch burczał mi niesamowicie głośno, gdyż  głód i pragnienie robiły swoje. Bliźniaki domagały się swojego, przecież od 22 nie mogłam już nic pić ani jeść. Nastawiłam sobie budzik by nie przegapić następnego pobrania krwi. I w końcu doczekałam się. Drrrrrrrr słyszę komórkowy alarm. Poczłapałam się do laboratorium. Wbito mi w żyłę kolejną igłę i oświadczono  
- ,, proszę nic nie jeść, nic nie pić, nie spacerować- siedzieć i dokładnie za godzinę proszę przyjść na ponowny pomiar."
I znów usiadłam na krześle , do którego napawałam wstrętem. Czas dłużył się niesamowicie. Zaczęło mnie wszystko boleć, jakieś skurcze pod łopatkowe i ból głowy były coraz bardziej nie do wytrzymania. Kręciłam się , prostowałam, robiłam garba i nic...ból przygwoździł mnie do tego krzesła. Ludziska zerkali na mnie z pod byka, ale nie było w ich twarzach żadnej współczującej minki.  No tak przecież ich cierpienia są intensywniejsze, bardziej godne uwagi i pożalenia - pomyślałam.
I zadzwonił budzik w komórce. Szurając nogami w pochylonej pozycji poczłapałam się do laboratorium z numerem 9. Ściągnęłam plastry, a pod nimi czerwona piekąca skóra i krwiaki.
- ,, OOO Na drugi raz proszę te plastry szybciej ściągnąć " - informuje mnie pielęgniarka.
- ściągnęłabym, gdyby krew z żył się nie lala " - odpowiedziałam najgrzeczniej jak potrafię.
Nastepne wbicie igły w żyłę i ??? słyszę
-  ,,Proszę czekać, aż Panią lekarz wezwie "
Już nie usiadłam na twardym krześle. Oparta o ścianę skupiałam się na tym, by nie oddychać i się nie ruszać. W końcu padło moje nazwisko. Krótka rozmowa i Huuuuraaaa cukrzycy nie mam.
Noga za nogą poczłapałam się w stronę recepcji. Jeszcze tylko nowy kontrolny termin w czasie 24-28 tygodniem ciąży i  wyszłam po prostu w-------a.

Wieczorem ratował mnie mężuś masażami.  
Cudownie mieć takiego ratownika.