30.10.2016

( 667 ) Głód mojego życia


Termin cesarki miałam na 10 siatą rano. 
Musiałam być przygotowana jak do operacji.
 Bez picia i jedzenia, po rozmowach 
z lekarzami, anestezjologami
  przeszłam wszystkie końcowe badania,
 zanim miało się to najważniejsze zacząć.
 I jak to u mnie bywa, nie mogło i tym razem być inaczej. 
Karetka przywiozła jedną ciężarną, 
potem drugą, potem trzecią,
 I tak przesuwano nasz termin
 w imię ratowania zagrożonego życia. 
 Kazano nam czekać, przepraszając,
 że po tych kobitkach będę już ja. 
Bliźniaki wierciły się na całego, 
a my na korytarzu z mężem 
obserwowaliśmy z nudów ten szpitalny świat. 
Co za przygoda :) 
Kobiety Męczennice
 i ich przestraszeni Panowie. 
Większość tych przyszłych Mam
 naciągała swoim stanem płeć męską. 
Jedna Kobitka,  ni z tego ni z owego - padła na kolana, 
a za nią Jej mężczyzna.
Czuć na odległość było na ciągarstwem.
 I choć tam żadnego niebezpieczeństwa nie było, 
 to jej facet o biednym, przestraszonym spojrzeniu, 
 starał się jakoś lubej pomóc. 
 Siedząc ileś godzin w poczekalni obserwowałam.
Kobiety ociężałe, szorowały nogami, 
huczały i sapały,
 a  Panowie jak przestraszone zające
 schodzili im z drogi.


Zlitowano się nade mną.  
Przydzielono mi łóżko i wdzianko operacyjne.
Pocieszając, że już za moment na stół pójdę i ja.
I mijały godziny, a ja czekałam bez picia i jedzenia 
na nasz cud.


Około 21 godziny Ordynator przywitał Nas informacją, 
że dziś za dużo krytycznych wydarzeń, 
że lekarze zmęczeni, anestezjolog tylko jeden 
na przypadki natychmiastowe, że jutro Pani z rana itp, itp 
Już nie słuchałam, tylko krzyczałam gdzie kuchnia :)
I ociężała, szorowałam nogami, 
huczałam i sapałam,
 a  Panowie jak przestraszone zające
 schodzili mi z drogi.